Kategorie: Wszystkie | GALERIA | Psi kumple | Szkolenie | Zawody
RSS
wtorek, 26 stycznia 2010
DZIKI, PSY, I INNE TAKIE...

Po okresach bojów i mąk wszelakich, związanych z okresem młodzieńczego "buntu" dojrzewającego samca, nieustannie co rusz zachwycamy się naszym psem. Nie raz, nie dwa zapomina się wziąć ze sobą na spacer - a to smyczy, a to smycz bierzemy, ale obroży nikt nie zapiął... i... nic się nie dzieje.

Coraz częściej też szukam nerwowo po kieszeniach, i nie mogę znaleźć tam żadnego smaczka. I... też nic się nie dzieje.

Ale fajnie mieć prawie-że-bezproblemowego psa. To miłe, przyjemne, a czasem...

Uff, taki np.dzisiejszy spacer:

Idę sobie z psem jak zwykle do pobliskiego lasku, lasek taki bardziej z nazwy, niż prawdziwy las. Prawdziwy las to jest kawałek dalej, tu - pozostałości po tym, co zostało, jak wkoło się wybudowali.

Idziemy ścieżką, tą co zwykle, za płotem ONek, obok - karelczyk, Aries jak to Aries, jak zwykle, szczęśliwy sobie przebiegł im przed nosem pełnym cwałem w te i we wte, wrócił i idzie obok mnie, zadowolony z życia. Ha, jaki to on sprawny nie jest. Ha, niech sobie szczekają, i tak go nie dogonią, ha!

Idziemy, ścieżka się kończy, coś mnie podkusiło, żeby skręcić w inną stronę niż zwykle - nie wychodzić na drogę, tylko dalej iść laskiem. Skręcamy, piesso nieco zdziwiony.. zatrzymuje się, węszy - hmmm, rozglądam się, ale niczego nie widzę. Coś sobie uwidział gamoń, może na ulicy coś przeszło, widać ją stąd przecież. Wracamy, robiąc kółko. Ale gamoń co rusz wymyśla sobie, że coś niby widzi - aż ponownie się zatrzymałam, uważnie rozejrzałam - człowiek? Pies? Ptak jakiś?

Nic nie ma. No Gamoń, i już.

Mój Gamoń podchodzi do drzewa, obsikuje po samczemu, i... robi stójkę, ciągnąc powietrze. Noooo jak w banku, coś widzi - przyglądam się w kierunku, w którym on patrzy - jedno wielkie nic. Nie ma.

Ehh.. westchnęłam, pewnie został jakiś zapach i Gamoń się wygłupia, postrzeleniec jeden. Przyspieszyłam kroku, idę do psa ścieżką, nagle kątem oka dojrzałam... obracam głowę w lewo...

DZIK.

STOI.

I się gapi.

Wielki, potężny samiec.

Jakieś, emmm... kilka kroków? od... nas?

Aries też go zobaczył, w końcu. A jednak... Gamoń się nie pomylił, kurcze, coś było, tylko nie wiedział, gdzie.

Cofam się powoli, patrzę, czy Odyniec nie zamierza się aby ruszyć... rany jakie to potężne zwierzę. I modlę się, żeby mojemu Gamoniowi nic głupiego do głowy nie strzeliło.

Ariesso, to nie owca. Ani koza. Nie próbuj nawet.

Aries stoi, na wprost Odyńca, węszy i obserwuje.

Cofam się - powoli - teraz - żeby tylko posłuchał - Arrr...!

Kurde. Nie działa.

Jeszcze raz: ARRRR!!!!!!

Uffff... wycofujemy się szybko, Odyniec na szczęście, jak u siebie w domu, ot, dalej sobie tylko stoi, i patrzy.....

Dopiero na ścieżce, kiedy zobaczył sąsiadów ONka i karelczyka, Gamoń sobie przypomniał, że może w sumie warto by oznajmić kumplom i światu, że tam jest.. takie "COŚ".

 

Naprawdę - jakie to szczęście, mieć grzecznego, prawie-że-bezproblemowego psa....

23:02, wafelka1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2010
SARDYŃSKIE ZAUROCZENIE

Przyznaję szczerze, że po raz pierwszy w życiu bywałam w miejscach, gdzie jedyne słowo które mi się cisnęło na usta było słowem "urokliwie" i "bajkowo", idealnie opisywało ono to, w czym jesteśmy... nie pięknie, nie wspaniale, nie... tylko własnie to - "urokliwie". No sami zresztą, wyobraźcie sobie:
Góry, wijąca się wąskimi serpentynami droga, która z asfaltowej zmieniła się w betonowaną, z wtopionym grubym żwirem. W oddali, wśród gór i skał widać morze, oraz przyczajone nad brzegiem leniwe o tej porze roku miasteczko - Cala Gonone.
Zatrzymujemy się na chwilę, żeby spojrzeć w spokoju na naszą mieścinę z góry i... boże, gdzie my jesteśmy? Toż to kurcze po prostu bajeczne miejsce...
Teren delikatnie pofalowany, pośród garbów kryją się resztki po zabudowie pasterskiej, farmerskiej - licho wie jakiej - mającej nie wiadomo ile lat. Wapienne kamienie, gruzy. Wszędzie zieloniutka, soczyście zieloniutka trawka, przystrzyżona przez owce niczym najlepiej wypielęgnowany trawnik - gdyby nie to, że jest mokro, to po prosty zaprasza do tego, żeby się na niej położyć, albo pochodzić na bosaka. Wszędzie wokół polany zdziczały oliwny gaj, z niesamowicie starymi drzewami oliwkowymi - do tej pory widziałam je raczej zbliżone w formie do większych krzewów, tutaj to były całe lasy kilkumetrowych, o grubych pniach drzew. Gdzie niegdzie krzewy - mirtu, rozmarynu.

Zero ludzi, aut, hałasu. Jedyne co słychać w powietrzu, to przpiękny śpiew licznych ptaków, z których zresztą słynie Sardynia - porównać to moge jedynie do tego, co u nas czasem dzieje się na wiosnę, kiedy wszystko na raz zaczyna się budzić do życia i śpiewac na wyścigi. I w oddali, delikatnie brzęczące dźwięki dzwoneczków pasących się owiec.
W powietrzu jest wilgoć, mnóstwo zapachów, w tym przebijające się przez wszystko zapach rozmarynu, lekka wijąca się mgiełka.

Urokliwe, zauroczyć się, sielskie, piękne ale w taki specyficzny, bajkowy sposób. Urokiem, którego nigdy nie będę w stanie oddać do końca na zdjęciach, czy filmie, ponieważ nie oddają one w pełni tego wszystkiego - zapachu, dźwięku, przestrzeni... Takich miejsc w tej zapomnianej, biegnej krainie pasterzy jest bez liku.

Drugie tyle jest miejsc spektakularnych, pięknych pięknem powiewającym grozą, wielkością, żywiołem:
żywiołem ziemi - wielkich pionowych ścian, wąskich wąwozów, dzikich gór, oraz żywiołem wody - czy to głuchym, potężnym dudniącym dźwiękiem fali rozbijającej się o głazy u podstawy kilkudziesięciometrowych klifów, gdzie się wspinaliśmy... czy to wręcz swoją nieobecnością - choćby wielkością i rozpiętością pustego koryta rzecznego na dnie wąwozu, rozmiarami idealnie wyprofilowanych otoczaków, wielkością zgromadzonych korzeni, drzew... skóra cierpła na myśl, kiedy szliśmy tymże korytem, co tu się może dziać, jak zaczyna tak naprawdę mocno padać.
No i jeszcze jest żywioł powietrza - wiatru, którego nie widać, ale który się czuło, który potrafił uniemożliwić jakąkolwiek aktywność, zrzucić ze ściany, przesunąć samochód, porwać drewniany stół z tarasu... którego ślady widziało się na niesamowicie zerodowanej skale. Wiatru, przed którym każdy dom jest chroniony małymi, wąskimi oknami z pancernymi żaluzjami, oknami, w których zamiast szyb jest pleksi. Wiatru, który spowodował, że pod koniec wyjazdu nie było dla mnie niczym dziwnym to, że przypinam ręcznik co najmniej 8 klamerkami...

15:17, wafelka1
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2010
ŚWIĄTECZNE WAKACJE

Zobaczyć Sardynię, i... tam zostać, mniej więcej tak bym określiła stan, który teraz odczuwam;-)

Sardynia, kraj pasterzy, przepiękne miejsce. Odcięci od neta, bez roamingu, w martwym sezonie, w ciepłym słońcu, krótkim rękawku, nad krystalicznie czystym morzem, skałami, w górach, w dzikich zakątkach plaż, do których można tylko łodzią lub górską ścieżką dotrzeć... gdzie człowiek przedziera się przez chaszcze złożone z kwitnących i oszałamiająco pachnących gąszczy rozmarynu, a lasy to zdziczałe gaje oliwne...
Wszystko to wśród przesympatycznych, otwartych, serdecznych ludzi witających nas wszędzie z otwartymi rękami, i nie znających czegoś takiego jak "kradzież".

Oj, warte, naprawdę warte spędzenia tych kilkunastu godzin jazdy autem oraz nocy na promie... na pewno na Sardynię jeszcze wrócę. Bajeczny kraj ludzi z bardzo silnym poczuciem własnej odrębności, na każdym kroku podkreślających, że to nie włoskie, to "sardyńskie". I nie dziwię się wcale - dla mnie teraz też Sardynia to po prostu Sardynia... wyspa zawieszona w połowie drogi między Europą a Afryką, gdzie wiszą trzy flagi - unijna, włoska, i... sardyńska.


c.d.n....

12:09, wafelka1
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 listopada 2009
PIES... DOROSŁY?

Jaki to jest fajny okres dla właściciela - kiedy zalęgła się na dobre taka głęboka nić porozumienia, wspólne zgranie, znajomość siebie nawzajem, swoich gestów, reakcji. Kiedy pies patrzy, szuka u nas wskazówek, jak się ma zachować, kontroluje się i daje się kontrolować, szuka kontaktu ze mną w róznych sytuacjach. Kiedy inne psy przestają być tak ważne, jak były jeszcze nie tak dawno temu.
I kiedy przy tym wszystkim ten pies jest pełen takiej młodzieńczej energii i wariactwa, ale już nie na zasadzie nieprzewidywalnego huraganu i "żywiołu" jakim jeszcze nie tak dawno był, ale... wiatru zaprzężonego do napędzania wiatraków ;-) Wiatru pełnego pasji pracy, ale wiatru pracującego wspólnie ze mną, a nie w różnych przypadkowych kierunkach, pod prąd...

Nie mogę się oprzeć sformułowaniu, że "pies poddał się mojemu przewodnictwu" - i to jest takie fajne, przyjemne... ot, spójrzcie:

Idę sobie ot tak, po prostu, bez smyczy - ja i mój pies. Pies się zatrzymuje, powąchać interesujący zapach, pytam swojego psa - ej, no co ty tam masz? pospieszyłbyś się trochę - mój pies podnosi głowę - tak, tak wiesz, już idę, tylko tu był ten, wiesz, z drugiego piętra, muszę poprawić - na co ja odpowiadam - dobra, ale szybko, i chodź już, do lasu idziemy... - już już.... taak, pędzę, lecę, już jestem - może coś dla mnie masz? nie, nie ma żadnego smaczka? No to będę z przodu, idziesz za mną, prawda??

Tak przeważnie wyglądają nasze spacery - w zasadzie to spełnienie moich marzeń jeszcze z czasów marzeń o pierwszym psie: ja, i mój pies, idący luzem, obok, nic nie mówimy do siebie, bo nie trzeba, bo doskonale się nawzajem rozumiemy.

Szczenięta są urocze, ale są magią - stworzonko, które ma swoje potrzeby, którego się trzeba uczyć, które z każdym dniem się zmienia. Fascynujące jest to, jak błyskawicznie się uczą, jak są w nas wpatrzone... ale to cały czas tylko szczenię, plastelina, z którą trzeba nauczyć się żyć.
Młody psiak - pełen werwy, zapału - ale i lęków, emocji, uczący się życia - ludzkiego i psiego - fascynująca sprawa, ale cały czas to nie jest to: z każdym dniem coś nowego, coś innego... młody pies to już nie szczenię, młody pies jest samodzielny, młody pies nie potrzebuje nas do szczęścia, młody pies musi dojrzeć... aż w końcu przychodzi taki okres, dla jednych prędzej, dla innych później - kiedy się po prostu razem jest.
Ja, i mój pies :-)

 

Aries ma dziś dokładnie 20 miesięcy, i jest naszym kolejnym najwspanialszym psem, jakiego mieliśmy....

14:01, wafelka1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lipca 2009
PORADNIK - JAK NIE WYSTAWIAĆ PSA! ;-)

Po pierwsze - należy nie chcieć jechać na wystawę. Bo jest sto i jeden rzeczy do zrobienia, bo głowa boli, bo się źle człowiek czuje... no i generalnie, za wystawami nie przepadamy. Ale zapłaciliśmy, więc nie ma to tamto - jedziemy.

Nie kąpiemy psa przed wystawą, nie przygotowywujemy, bo po co. I pamiętajmy - koniecznie z nim nie ćwiczymy. Wszak bieganie na ringówce jest tak cholernie nuuudne... nie warto, szkoda czasu, są ciekawsze rzeczy do nauki.

Sprawdzamy grafik, widzimy, że mam kupę czasu, bo jesteśmy oceniani po południu. Nastawiamy budzik tak, żeby się wyspać - w końcu to niedziela, wyspać się trzeba. Zbierajmy się powoli, fajnie, jakby coś wyskoczyło i trzeba się wrócić po coś, tak, żeby pojawiła się pewna nerwowość w zachowaniu, bo robi się ciasno z czasem. Jeszcze trzeba wyjść na spacer z psem - kundlu, pospiesz się z tą swoją kupką, no....

Dobrze by było, żeby zapowiadał się fajny, upalny dzień - koniecznie bierzemy auto bez klimatyzacji. Musi być ciepło, bardzo ciepło. Oczywiście auto nie zatankowane, zatankujemy po drodze. Trzeba jeszcze wypłacić pieniądze z bankomatu - dobrze by było, gdyby pierwszy bankomat był nieczynny, drugi daleko. Po drodze korek.

Mamy w końcu pieniądze - teraz stacja, z gazem. Na pierwszej gazu właśnie brakło, szukamy następnej - na oparach... dojedziemy? Trzeba wprowadzić porządną atmosferę nerwowości.

Więc jak już jest naprawdę odpowiednio późno - ruszamy w końcu w trasę, na wystawę. Szybko, żeby zdążyć. Na miejscu pobłądźmy trochę, utkwijmy w jakimś korku albo tłumie.... Tak w sam raz, żeby być na terenie wystawy nie wcześniej, niż na kilka minut przed oceną.

Wybiegamy z auta, bierzemy psa - stres i nerwy muszą być wystarczająco wysokie, zeby psu się to nie podobało.

Pies oczywiście po drodze musi się chcieć jeszcze raz załatwić, a my podenerwować i pamiętajmy - ma być odpowiednio zmęczony podróżą i zgrzany upałem.

Zatem - chyba już? Atmosfera odpowiednia, więc możemy stanąć przy ringu. Dla podniesienia kolorytu sytuacji możemy jeszcze zapodziać numerek. Ale pamiętajmy żeby nie przedobrzyć - na ocenę zdążamy, choć krople potu się z nas leją, ręce z nerwów trzęsą, a pies ma nas wyraźnie dość - i myśli głównie o schowaniu się w cieniu.

Jeśli te wszystkie warunki są spełnione - bingo, brawo, udało się. Na pewno będzie to swego rodzaju niezapomniane przeżycie.  Emocje gwarantowane!

 

Cóż, jeśli tego jeszcze nie znacie....wszystko przed wami! ;-) Pamiętajcie - w walce z prawem Murphy'ego zawsze jesteśmy na straconej pozycji....

18:38, wafelka1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12